No i jak Wam mam podziękować, no jak???

5 Od samego początku nie było ze mną łatwo. Upierałam się jak dziki osioł, że żadnego wieczoru panieńskiego, to ja absolutnie nie chcę. Różowe wstążki, drinki, kuse spódniczki i dzikie pląsy do samego rana? To dla mnie żadna przyjemność. Dostało się szczególnie mojej młodszej, Bogu ducha winnej siostrze, które wielokrotnie słyszała zdanie…. „ Czy Ty nie rozumiesz, że ja nie chcę”. Jej cierpliwość też jednak w końcu się skończyła, po czym krótko skwitowała: „Czy Ciebie ktoś pyta w ogóle o zdanie? Masz siedzieć cicho i robić co Ci każemy” ;). Młodsza, ale zawsze się jej słuchałam, więc i tym razem nie mogło być inaczej.

Żadnych atrybutów wieczoru panieńskiego, które wyżej opisałam nie było. Nie było nawet najmniejszej szansy na ich pojawienie. Bo jeśli taki dzień spędza się w gronie osób w większości znanych od dziecka, to nie ma możliwości, aby doszło do jakiegokolwiek nieporozumienia.

Moje  przyjaciółki przeniknęły mą duszę na wskroś i doskonale wiedziały, co jest w mi w tym czasie najbardziej potrzebne, a mianowicie masaż, relaks, dobre wino, a w szczególności  nocne rozmowy z tak otwartymi, życzliwymi i ciepłymi osobami, jakimi właśnie one są.

Dlaczego wspominam o tym wszystkim na moim blogu szyciowym? A no właśnie dlatego, że od samego początku czekała na mnie niespodzianka. Wszystkie dziewczyny ubrały się w podarowane im kiedyś, przy różnych okazjach, moje własne uszytki ;). Ach, jakaż rozkosz mnie ogarnęła w tym momencie. To wszystko ja uszyłam?! Od razu przeprosiłam Anie i Dominikę za tak niewyjściowe prezenty. Obiecałam też poprawić się na przyszłość…

3 4 1 2

Teraz, gdy upłynęło trochę czasu czuję ogromną radość, że to wszystko jednak się odbyło i że życie daje mi tyle powodów, aby być wdzięcznym za to, jakich ludzi mam wokół siebie.

A zatem Anno, Dominiko, Karolino, Krystyno i Natalio moje słowa podziękowania są naprawdę szczere …  Ten wypad utwierdził mnie w przekonaniu, że odległość, pęd życia, ogrom spraw załatwianych każdego dnia, napotykane trudności – po prostu NIC, ale to NIC nie jest w stanie zepsuć więzi, które przez te wszystkie lata między nami powstały. Dałyście temu najlepszy dowód. Dziękuję wam za to wszystko!

Komplecik z wełny

Tym razem się napracowałam. To nie było szybkie cięcie, proste szwy, luźny krój,  uniwersalny rozmiar. Wręcz przeciwnie. Kamizelka i spódniczka z tej samej jasnoszarej  wełny, powstały w wyniku konkretnego scenariusza, który został wcześniej dokładnie opracowany.  Chciałam mieć w swoim posiadaniu taki uniwersalny, wielozadaniowy i ponadczasowy komplecik. A, że słowo „ponadczasowy” odgrywa tutaj szczególną rolę, to nie było możliwości pójścia na skróty. Tyle w teorii, a czy zamierzania przerodziły się w rzeczywistość? Myślę, że tak, chociaż dostrzegam drobne niedociągnięcia, które nie pozwalają mi na uznanie nowego kompleciku za sukces absolutny. Jak to jednak u mnie bywa, w trakcie użytkowania, nawet te drobne niedociągnięcia zostaną wyeliminowane poprzez „dopracowanie” ubrania na żywym manekinie ☺.

Tkanina to wełna, a jakże mogłoby być inaczej, otrzymana w spadku od pewnej życzliwej Pani już jakiś rok temu, o czym pisałam już wiele, wiele razy.

Pierwsza spod igły wyszła spódniczka. Wykrój opracowany już lata temu na zajęciach z konstrukcji, pozostaje mi wierny podczas szycia prawie każdej spódnicy, oczywiście na skutek modelowania w różnych wariacjach. Chciałam mieć kieszenie, bo jakoś tak wygodniej z pomadką pod ręką ☺. W tym zakresie poszło gładko. Gorzej już było w przypadku kamizelki, którą uzupełniłam o podszewkę. Jakoś tak nie po drodze jest mi z tymi podszewkami, ale czasami trzeba dać z siebie trochę więcej i pomęczyć się, aby później mieć powód do zadowolenia. Kamizelka (Burda 4/2016, model 103) składa się z dość licznych drobnych elementów i połączenie ich w jedną całość z podszewką będącą odzwierciedleniem tych samych elementów, które wcześniej wykroiłam z wełny, nie jest łatwym zadaniem. To tak, jakby spacerować po górach z dużym obciążeniem. Sama wspinaczka jest przyjemna, ciężar z kolei doprowadza nasz organizm do granic wytrzymałości. Tak najprościej ująć mogę to, jaki wpływ na mnie ma takie misterne szycie w połączeniu z podszewką. Momentami jestem bliska szaleństwa. No dobra, chyba trochę dramatyzuję. W rzeczywistości, aż tak koszmarnie nie jest ;P.

Całość przedstawia się następująco:20161112_091653 20161112_091959 20161112_085931 20161112_091300 20161112_091429 20161112_091552 20161112_09160920161112_130247

Święta, święta i po świętach

… a ja aż do dnia dzisiejszego nie znalazłam czasu, aby opublikować odzienie, którym przystroiłam samą siebie podczas tych pięknych, magicznych chwil. Aż trudno uwierzyć jak ten czas biegnie… Dobrze jednak, że czasami możemy wrócić do zdjęć, które przypominają nam o tym, czym jeszcze niedawno żyliśmy i pomagają nam na nowo wyostrzyć obraz tamtych chwil w naszej pamięci.

Ja przy szyciu tej żółtej (albo raczej musztardowej) sukienki przeniosłam się w czasie aż o 20 lat. A to wszystko za sprawą mojej bezcennej, szyciowej towarzyszki Burdy. Aż trudno uwierzyć, że niektóre kroje, tkaniny, czy stylizacje pozostają na czasie przez wiele lat. Dbanie o uniwersalizm garderoby sporządzany na zasadzie dopasowania do własnego typu urody i sylwetki jest niezwykle cenną umiejętnością i daje nam pewność posiadania odpowiedniego stroju na każdą okazję. To właśnie dlatego ten oto wykrój zaczerpnięty z Burdy z roku 1995 będzię również i dzisiaj na czasie. Spodobały mi się w nim trójkątne cięcia materiału z przodu i tyłu sukienki, a sterczące na przodzie falbanki to już przejaw mojej własnej inwencji. Tkanina też pamięta czasy poprzedniego wieku, a to dlatego, że pochodzi z tego samego żródła, co stare wydanie Burdy.

Króciutka wełniana sukienka prezentowała się należycie dostojnie w towarzystwie migoczących światełek choinki.

3 4 1 2

Intrygująca koronka c.d.

 6Połączenie kilku odpowiednich czynników w jedną całość, daje szansę na powstanie czegoś wyjątkowego. Inspiracja, będąca czynnikiem zapalnym dalszego procesu pojawiła się jako pierwsza. W jej następstwie dobranie odpowiedniej tkaniny – przepięknej czarnej koronki, która czekała aż 2 lata na zaistnienie. Na sam koniec przytrafiająca się przerwa świąteczna, dająca możliwość ucieleśnienia  gnieżdżących się w mej głowie wizji. Nie mogłabym nie wspomnieć o okazji, która wywołała to całe zamieszanie, a mianowicie moje 30-te urodziny. Chciałam spędzić ten wyjątkowy dzień w gronie najbliższych mi osób, nadając przyjęciu odrobinę osobistego wyrazu. Chcąc trochę złagodzić okoliczności, które przeniosły mnie w nowa dekadę, postanowiłam nadać im nieco karnawałowego zabarwienia. Dlatego też w pierwszej kolejności powstały te oto zaproszenia :

20 21Czarne suknie uzupełnione o tajemnicze maski sprawiły, że przyjęcie urodzinowe nabrało formę karnawałowego balu.

Sama chciałam się zaprezentować wyjątkowo, jednak bałam się, aby nie przesadzić.  Marzył mi się tren, ale moje intencje mogłyby przyprawić o salwy śmiechu nawet najbliższych znajomych,  którzy na moje wymysły i tak patrzą już z przymrużeniem oka ;). Jak na mój gust (oraz możliwości) powstała dość prosta sukienka… a wypadałoby wspomnieć, iż jestem w trakcie czytania autobiografii Diora, którego to suknie powstawały przynajmniej z 30 metrów tkaniny ;). Ponieważ wizja sukienki przeobraziła się wyjątkowo szybko w dzieło kompletne, postanowiłam pomimo usilnych sprzeciwów  mojej siostry, która troskliwie dba o moje nieprzemęczanie się, uszyć jeszcze jedną, bliźniaczą sukienkę. Podobieństwo jest jednak widoczne jedynie na pierwszy rzut oka. Przy okazji dokładniejszych  oględzin, można stwierdzić, że poza czarną koronką, z której powstały obie suknie, różne jest praktycznie wszystko.  Moja sukienka składa się z wielu elementów, a w talii jest dzielona dość szerokim pasem, co znacznie wydłużyło jej szycie (Burda 12/2016, model 124)).  Z kolei przód i tył sukni mojej siostry wykrojone są z „całości ”,  co oznacza, że krój jest prosty i wymaga jedynie dopasowania na modelce Burda 3/2016, model 123). Gdy mamy jednak do czynienia z modelką, którą znamy od kołyski, wystarczy dopasować sukienkę z pamięci,  co na szczęście zakończyło się sukcesem. W przypadku obu modeli konieczne było uzupełnienie ich o czarne podszewki, znacznie krótsze niż koronka. Chwilę przed przybyciem reszty gości udało nam się z siostrą zrobić kilka wspólnych zdjęć.

15 16 14  9 7

Zapach Świąt

1 2

6

Wzrusza mnie czas świątecznych przygotowań.  A to dlatego, że raz w roku można poświecić się zajęciom, na które zwykle brakuje nam czasu. Jest taka reklama w radiu, w której znany prezenter wymienia ile to mamy obowiązków każdego dnia i jak z tym wszystkim zdążyć, a na koniec dodaje, że tak już jest i nie ma co tego przeżywać, bo to się na pewno nie zmieni. Właśnie tak należy podchodzić do tego ogromu spraw, które należy załatwić przed świętami, bo czego byśmy nie zrobili, to i tak czasu będzie za mało, bo na chwilę przed uroczystą wigilią przypomni nam się pewnie, że o czymś zapomnieliśmy. Ale to nie powinno być powodem do zmartwień. Oznacza to po prostu, że dążymy do perfekcji i chcemy od życia odrobinę więcej, niż przeciętne minimum, dające poczucie mało zadowalającego spokoju ducha. Ja wolę odrobinę stymulującej adrenaliny, pozwalającej wycisnąć z naszego organizmu siły, o których nie mieliśmy pojęcia.

Ja wyciskam i wyciskam tyle, ile tylko się da. Przestałam już kontrolować sytuację związaną z produkcją woreczków zapachowych. Nie wiem ile ich powstało, ale myślę, że dojdę do jakiejś magicznej dwucyfrowej liczby z piątką z przodu. Woreczki wypełnione są aromatycznymi ziarnami kawy, skropione naturalnym olejkiem eterycznym o magicznym zapachu cynamonu. Jak upajający zapach wywietrzeje, wystarczy tylko na nowo skropić woreczek kilkoma kroplami olejku i magia powróci. Do tego każdy z osobna staram się ozdobić, aby nadać im indywidualny charakter.

Do tego jakiś czas temu przygotowałam również nalewkę limonkową, którą byłam „zmuszona” zrobić tak, aby nie zmarnować limonek, które otrzymałam od sąsiadki. Na początku nie wiedziałam co z nimi zrobić, ale później ten genialny pomysł zrodził się w mojej głowie. Do tego kilka limonek ususzyłam, w Ikei i Pepco dokupiłam butelki i teraz mogę obdarowywać bliskich kolejnym własnoręcznie zrobionym prezentem.

I co jeszcze? Są jeszcze koszyczki na pieczywo dla mojej siostry, która w pieczeniu bułeczek i chlebków doszła do perfekcji na miarę wykwalifikowanego piekarza. Póki co tyle prezentów z duszą QRC, no ale przecież został jeszcze jeden dzień do świąt ;P.

U nas pachnąca choinka już stoi, pierniczki gotowe, tak więc pierwsza gwiazdko przybywaj :).

4a 5

Christmas time

U mnie czas świątecznych przygotowań jak jeszcze nigdy w moim życiu, rozpoczął się już 2 tygodnie temu, co daje mi dużą szansę na realizację wszystkich ręcznie robionych prezentów terminowo. Czy egzamin zaliczyłam, okaże się już za trochę ponad 2 tygodnie.  Okres świąteczny to nie tylko wieczór wigilijny, ale również czas adwentu, kiedy to dokładamy wszelkich starań, aby  uczynić nasze święta wyjątkowymi. Okazji do kupienia nowych ozdób świątecznych jest mnóstwo,  na każdym kroku mijamy pięknie migoczące ozdoby, ale czy nie lepiej posiedzieć odrobinę z nożyczkami, klejem (w moim przypadku maszyną) i przedłużyć żywotność dekoracji z poprzednich lat? Uważam, że im mniej, tym ładniej, dlatego zamiast zasypywać nasze domy i mieszkania nowymi dekoracjami, lepiej wyczarować coś z niczego.

Jakby nie patrzeć okazji do spędzenia wielu godzin przy maszynie w okresie przedświątecznym jest sporo i tylko dobre chęci oraz niesłabnący zapał są konieczne do realizacji wszystkich naszych planów.

W pierwszej kolejności zainwestowałam  w mikołajkowe skarpety tak, żeby żadne dziecko nie martwiło  się o marznące stopy brzuchatego pana z brodą. Okazało się, że idealna do uszycia skarpet jest czerwona męska koszula. Jak to dobrze mieć tak wysokiego szwagra. Tylko żeby nie było, w ogóle fajnie jest mieć szwagra, ale takiego wysokiego, noszącego duże koszule to radość podwójna :). Już kiedyś zamieszczałam wpis o piżamce uszytej właśnie z takiej koszuli, a później uszyłam dla siebie białą  koszulę z gumką na dole (wpisu jednak póki co brak). Natomiast teraz, w szale przygotowywania ręcznych podarków świątecznych, wpadłam na pomysł wykorzystania czerwonej, męskiej koszuli,a w szczególności jej walorów (kieszenie, listewka z zapięciem), do stworzenia skarpety Mikołaja. Efekty prezentuję poniżej.  Dominik (syn owego szwagra i oczywiście mojej siostry ;) )oraz malutki Wojtuś, z pewnością uradowali się z milutkiego mikołajowego podarku. A jakby nie było, koszula wróciła do domu właściciela, wprawdzie w lekko odmiennej postaci, ale łatwo dostrzec jej wcześniejsze „oblicze”. Do kompletu powstały również woreczki mikołajowe z tkaniny, którą otrzymałam od Ani, koleżanki z pracy. Przyozdobiłam je jedynie wstążeczkami oraz dużymi guzikami, których u mnie pod dostatkiem (również będące pamiątką z dawnych czasów, choćby po babci mojej bratowej). Wygląda na to, że magazynując i kompletując elementy krawieckie z różnych źródeł, nadaję im zupełnie nowe życie, a jednocześnie chronię te wszytskie skarby przed zapomnieniem, gdzie w wielu przypadkach byłyby jedynie kurzołapami.

No nic, koniec rozmyślań na dzisiaj. Do świąt mamy jeszcze dwa tygodnie, a wszystkie pomysły aż ciężko zliczyć.

1 2 3 4 5 6 7 8

Futerko w skali mikro

Oto przedstawiam Państwu najmniejszy ciuszek sygnowany logiem QRC.

 1 2 3

Podchodzę do tego dzieła z wyjątkowym sentymentem ze względu na sympatię, jaką darzę tę słodziutką istotkę, której podarowałam to urocze futerko, a jest nią córeczka mojej przyjaciółki.

Niektórym może się wydawać, że skoro takie malutkie (w rozmiarze 56), to większych komplikacji nie było. A właśnie że były, a na dodatek okazały się być wyjątkowo trudne do przezwyciężenia. Sztuczne futerko o rozkosznie różowym zabarwieniu, nadaje kilkumiesięcznej drobince niezwykłego uroku. Kto wie, może rozbudziłam w tej małej gwieździe zamiłowanie do futer i za kilkanaście lat zobaczymy ją w białym futrze z norek, jak śpiewa „Happy Birthday To You, Mr President…” na wielkiej scenie :).
Teraz  patrzę na to z rezerwą, ale podczas szycia miałam wyłącznie czarne wizje. Futerko okazało się wyjątkowe nieprzyjemne w szyciu, gdyż dwie warstwy tkaniny okazały się za grube dla mojej maszyny i w zasadzie musiałam użyć sporo siły, aby futerko przesuwało się  pod igłą. A do tego wszycie podszewki, która w połączeniu z tkaniną wierzchnią składa się z wielu drobnych, wręcz kilkucentymetrowych elementów, to już zadanie dla zaawansowanych. Skończyło się lekkim uszkodzeniem paznokcia, ale ostatecznie dowiodłam swojej determinacji i po opatrzeniu palca dzieło dokończyłam. Ból przezwyciężyłam, paznokieć już się dawno zagoił, ale było warto, bo futerko w skali mikro dodaje niezwyķłego uroku malutkiej damie, damie z zadatkami na wielką gwiazdę :).
Wybiegam myślami w przyszłość i wyobrażam sobie jak dorosła Marta przegląda album ze zdjęciami z dzieciństwa pyta swoją mamę; „jejku, skąd ja miałam tak dziwaczne futro mając zaledwie trzy miesiące?!” Na to pada odpowiedź; „jak to skąd(?), od szalonej ciotki co to upatrzyła sobie Ciebie jako mini modelkę do prezentacji swoich dziwacznych modowych wizji” :)))…

DZIĘKUJĘ

Za chwilkę mija trzecia rocznica uszycia pierwszego ubrania przeze mnie. Przez ten czas powstała niezliczona ilość przeróżnych projektów. Zaczęłam od uszycia spódniczki podstawowej, a teraz podejmuję wyzwania w tworzeniu nawet najtrudniejszych i bardzo czasochłonnych  projektów. Wszystkie z nich zaistniały dzięki mojej determinacji i ciężkiej pracy, ale wiele z nich nie powstałoby bez wsparcia i życzliwości otaczających mnie osób. Zaczęło się całkiem niepozornie,  a teraz mam wrażenie,  że umiejętność szycia jest tak silnie zakorzeniona w mojej osobie,  że stała się częścią mnie, mojego sposobu na życie.  Mam poczucie, że również świat wokół mnie się przez to zmienia. Jest bardziej kolorowo, inspirująco i pobudzająco. Innymi słowy, machina nabrała wielkiego rozpędu. Tkaniny z przeróżnych źródeł zalewają moje domowe studio krawieckie. Życzliwość innych osób często  wprawia mnie w osłupienie.  Zdarzyło  mi się na przykład otrzymać sporą paczkę tkanin pamietających czasy komuny od mamy kolegi mojej przyjaciółki, której wcześniej nie znałam, a ostatnio odwiedziłam tę Panią z prezentem w ramach podziękowania. Otrzymałam także kolejną ogromną paczkę,  tym razem bardziej współczesnych tkanin od kuzyna mojej koleżanki,  który pracuje w dużej firmie odzieżowej (zdjęcie poniżej). Informacje o tym, że szyję rozprzestrzenia się tak szybko, że fakt otrzymania skrawków ekoskóry od siostry chłopaka mojej koleżanki, z którą nigdy się nie poznałyśmy już coraz mniej zadziwia. Nie mogę ominąć w tym wpisie koleżanki z pracy, która w trakcie robienia porządków w szafie pomyślała o mnie i przekazała kilka kuponów bawełny w moje ręce. Aaa i drugiej koleżanki z pracy, od której otrzymał gruby lniany materiał o intesywnych zielonym zabarwieniu. Dziękuję Aneto, dziękuję Anno. Słowa wdzięczności są jedynym właściwym podsumowaniem wszystkich tych zdarzeń i fortunnych zbiegów okoliczności.  Raz jeszcze ogromne dziękuję za wszystkie ofiary, a jednocześnie za wiarę w moje umiejętności krawieckie  :).  Jeśli ktoś uznał,  że jestem właściwą spadkobierczynią tych licznych tkanin tak pieczołowicie  przechowywanych w szafach, to zaczynam odczuwać poczucie misji do wypełnienia. Przyświeca jej jedna myśl przewodnia – należycie spożytkować każdy metr podarowanej tkaniny. Przebieg tej misji jak zwykle relacjonować będę na bieżąco.

Tyyyyle tkanin dostałam od Rafała- kuzyna mojej koleżanki. Rafał, jesteś wielki :)

Tyyyyle tkanin dostałam od Rafała- kuzyna mojej koleżanki. Rafał, jesteś wielki :)

Trapezowa spódniczka

 

2

Ostatnio koleżanka zwróciła mi uwagę, że jakoś brak nowości na moim blogu, więc się poprawiam.
Dziękuję Marto za mobilizację ;).
Ale jak tu znaleźć kilka wolnych chwil po tym, jak spacerując z chłopakiem po Jurze odkryliśmy lasy pełne borówek leśnych, a i grzybów na zimę przydałoby się troszkę ususzyć??? Udało mi się zamknąć te piękne jesienne chwile, spędzone wśród złocistych liści w ośmiu malutkich słoiczkach. Gdy za oknem biały puch pokryje okolicę, wtedy herbatka z dodatkiem czerwonych borówek osłodzi nam ten zimowy czas. I to z pewnością nie słodyczą malutkich owoców, które do najsłodszych nie należą, ale pięknem tych ostatnich ciepłych chwil, które dane nam było spędzić obcując z niezwykle kolorową, jesienną przyrodą.

Oto dowód na obfitość lasów Jury Krakowsko- Częstochowskiej w borówki:

20161028_180302Z kolei owocem moich niedawnych miłych chwil w towarzystwie maszyny do szycia, jest ta oto spódnica.
Fason niby typowy, w kształcie trapezu rozszerzanego ku dołowi, ale dodatkowe kliny wszyte na boku spódnicy czynią ten model bardziej „szałowy” ;). Skorzystałam z pomyslu Burdy 1/2016, model 109. Postawiłam na świecący materiał tak, aby spódniczka nie wtopiła się w inne czarne spódniczki w mojej garderobie. Typowe wykończenie dla większości moich spódnic, to widoczny pas oraz zamek kryty, których wykonanie mam już opanowane do perfekcji i jak kiedyś mówiła moja polonistka w podstawówce: „odmianę przez przypadki musicie znać na pamięć nawet, jak was ktoś w nocy przebudzi”. Dokładnie tak samo sprawnie opanowałam opisane powyżej czynności związane z wykończeniem spódniczki.
Spódniczka mojego autorstwa zaprezentowana została większej publiczności podczas odbywającego się w ostatnim czasie Restaurant Week w Katowickiej Moodro Restaurant. Polecam odwiedziny w tym miejscu, w którego wnętrzach przeżyć można prawdziwą ucztę zmysłów.

 

6 3 4 5