Walka z uporczywymi plamami

Uporczywe plamy potrafią być naszą zmorą. A to zaplamiona winem nowa, a co najgorsze droga bluzka, a to zaschnięta plama po trawie na jasnych spodenkach będąca pamiątka po wypadzie w góry, czy też pozostałosci wosku na sukience będące oznaką naszego roztargnienia.

Pewnie każdy to zna i przerabiał niejednoktotnie. Poniżej umieszczm, krótki poradnik w pigułce, jak należy postąpić i czego użyć aby wygrać walkę z opornymi zabrudzeniami.

Wykaz ten otrzymałam na zajęciach z materiałoznastwa w szkole, do której uczęszczałam. Mam nadziję, że teraz i innym posłuży w chwilach rozpaczy.

Rodzaj plamy Środki do usunięcia plamy Czynności
Masło, oliwa Mydło + gorąca woda, mąka ziemniaczana, talk z magnezją Świeże plamy wyprać w wodzie z mydłem; drobną sproszkowaną substancją posypać miejsce poplamione, wyczyścić szczotką
Smoła, smary Masło, mydło + gorąca wodaBenzynaWoda utleniona Smołę zeskrobać nożem, położyć na plamę, nazajutrz sprać wodą z mydłem;Tamponikiem z gazy umoczonej w benzynie uderzać w zaplamione miejsceŻółte zaplamienie, które często powstaje usunąć wodą utlenioną
Żywica Terpentyna francuska Plamę uderzać tamponikiem z gazy umoczonym w terpentynie, a następnie prać w wodzie z mydłem
Stearyna, parafina Gorące żelazko i benzyna Stearynę zeskrobać , podłożyć wilgotną tkaninę, przykryć bibułą i przeciągnąć po plamie letnim żelazkiem (bibułę często wymieniać), wytrzeć ślad po plamie benzyną
Czarna kawa, herbata, czekolada, piwo, wino Woda utleniona, amoniakGliceryna, woda utleniona Świeże plamy polewać  ciepłą wodą; pocierać szmatą umoczoną w wodzie utlenionej, a następnie w amoniaku;Zestarzałą plamę namoczyć glicerynie, a następnie podziałać wodą utlenioną
Soki owocowe Mleko słodkie lub kwaśneAlkohol (1:3)Woda utleniona Zaprać w mleku, najlepiej kwaśnym; plamę przecierać tamponikiem umoczonym w alkoholu, a następnie polać zaplamione miejsce wodą utlenioną (wystawić mokrą plamę na działanie słońca)
Zazielenienie Woda utleniona z dodatkiem kilku kropel  amoniaku Tamponikiem umoczonym w w wodzie utlenionej z amoniakiem pocierać miejsce zaplamione, tamponik często zmieniać
Szminka Benzyna, alkohol Zaplamione miejsce  pocierać tamponikiem z gazy namoczonym w benzynie, jeżeli barwnik nie rozpuści się, zastosować benzynę
Przypalenie Woda + mydło, benzyna, woda utleniona Uderzać w miejsce zaplamione tamponikiem z gazy umoczonym w wodzie mydłem; spłukiwać ciepłą wodą, po wyschnięciu działać benzyną; jeżeli pozostaną żółte plamy pocierać tamponiekiem umoczonym w wodzie utlenionej
Krew Woda albo słaby roztwór amoniaku, woda utelniona Świeże plamy sprać w chłodnej wodzie; stare plamy sprać wodą z dodatkiem amoniaku, jeżeli pozostaną żółte plamy, pocierać tamponikiem umoczonym w wodzie utlenionej
Rdza Sok cytrynowy względnie 10-procentowy rotwór kwasu cytrynowego albo 5-procentowy roztwór kwasu szczawiowego, amonika Rdzę łatwo usunąć z włokien roślinnych, trudno ze zwierzęcych; na świeżą plamę działac sokiem z cytryny lub roztworem kwasu cytrynowego; jeżeli rdzę wywabimy z włokien roślinnych, należy po wywabieniu plamy spłukać tkaninę i zobojętnic działanie kwasu roztworem amoniaku lub sody; czynność zanurzania plamy w kwasie i amoniaku powtórzyć kilkakrotnie
Tusz z długopisu Alkohol, woda kolońska, aceron Pod plamę podłożyć podkład i uderzać lekko tamponikiem umoczonym w alkoholu, tamponiki często zmieniać na czyste.

Wśród szumu cyprysów

Od wielu lat wybierając się na urlop, kieruję się podobną zasadą, a mianowicie ma być cieplej niż wnaszej szerokości geograficznej. Dlatego wyprawa odbywa się zwykle wczesną wiosną lub późną jesienią, kiedy to niewiele powodów do radości daje nam pogoda w naszym kraju. Dzięki temu zabiegowi udaje nam się oszukiwać własne organizmy i nagromadzić zapas witaminy D, który wystarcza na cały rok.
Tym razem przyspieszyliśmy sobie lato wycieczką do olśniewającej włoskiej krainy. W końcu miałam możliwość zabrania większej ilości uszytych przeze mnie fatałaszków, a co najważniejsze, zaprezentowanie ich w tak pięknych miejscach. Gdy teraz patrzę na te zdjęcia, to mam ochotę, żeby przenieść się w czasie i raz jeszcze niespiesznie pospacerować tymi krętymi, kamiennymi ścieżkami. Sama Florencja, która była bohaterką ostatniego wpisu, to jedna z najznakomitszych wizytówek Włoch, zaś odległa Toskania, która jest tłem obecnego wpisu, to kraina błogiego spokoju i niezwykłych krajobrazów. Średniowieczne zabudowania w połączeniu z soczystą zielenią tamtejszej natury oraz drogami obsadzonymi szpalerami cyprysów, pozwalają doświadczyć prawdziwej harmonii. Jestem przekonana, że tym razem nie będą to słowa rzucone na wiatr: „tutaj na pewno jeszcze wrócimy”.

Chciałam się z Wami podzielić zdjęciami mojej nowej, zwiewnej sukienki, która powstała na noc przed wyjazdem na urlop. Tkaniną obdarowała mnie koleżanka z pracy, która stwierdziła, że jestem osobą, która będzie wiedziała, jak sobie poradzić z tym kawałkiem materiału. Anetko oceń, czy spełniłam Twoje oczekiwania? Model sukienki (i tutaj was nie zaskoczę) pochodzi z Burdy wydanej w 2009 r.
Samo szycie nie jest bardzo skomplikowane. Najważniejsze jest, aby mocno zmarszczyć ramiona, bo w przeciwnym razie nie będą styczne z pozostałymi elementami wykroju. Plecy zostały „otwarte”. Na zamek zabrakło niestety czasu, no ale nie ma co ukrywać że przewieny strój sprawdził się idealnie we
wloskim klimacie?;) 1 2 3 4 5

Sukienka kopertowa

6

Czasami po prostu muuuuszę !!! Muszę uciec od codzienności, wyłączyć się i zwyczajnie zapomnieć o codziennych obowiązkach. W takich chwilach z pomocą przychodzi moja niezawodna towarzyszka. Zastanawiacie się jaka?….oczywiście, że ta, na którą zawsze mogę liczyć – maszyna do szycia. W tej sytuacji nieistotny jest fakt, że w szafie mam już kilka tuzinów uszytych przeze mnie sukienek, bo przecież nadarzyła się nowa okazja, a żadna z poprzednich sukienek nie jest odpowiednia na nadchodzącą okoliczność. Zdarza mi się czasami przejść po galerii w poszukiwaniu czegoś oryginalnego. Niestety jednak rzadko kiedy wychodzę z łupem ze sklepu. Jak już rzeczywiście coś upoluję, to niestety nie mam gwarancji,  że zadowolenie z zakupu nie minie równie szybko, jak wzbudzony chwilę wcześniej zachwyt. Pół biedy, jeśli w przypływie entuzjazmu nie zerwałam wcześniej metek, bo wtedy możliwy jest zwrot. Częściej jednak bywa, że jak na osobę w gorącej wodzie kąpanej przystało, możliwości zwrotu niestety już nie ma. Dalszy ciąg podobnych historii każda z nas na pewno zna. I tak oto w naszej szafie zalegają ubrania z metkami, nigdy nie ubrane lub założone tylko jednokrotnie, a jeszcze więcej tych ubrań, które nie pasują do żadnej innej części naszej garderoby.

Aby jednak uniknąć podobnych sytuacji, staram się przerabiać to, co już mam, żeby uniknąć konieczności wyrzucenia danego ubrania, a jeszcze częściej staram się tworzyć coś nowego z ciągle obfitych zapasów tkanin, które raz na jakiś czas uzupełnia mój dobroduszny, tajemniczy darczyńca ;). W tym miejscu znowu niskie ukłony w Twoim kierunku Rafale, bo przecież robić coś dla kogoś tak bezinteresownie, to wielka rzecz…

Tym razem uszyłam sobie sukienkę, którą planuję zakładać na wiele okoliczności. Plany planami, a czas pokaże  ;). Już dawno marzyła mi się sukienka kopertowa, którą w zależności od dodatków mogę zakładać na co dzień lub w połączeniu ze szpilkami na bardziej oficjalne wyjścia. Za dawcę pomysłów, zresztą, jak to zwykle bywa, posłużyło mi świeże wydanie Burdy (8/2017, model 109). Szycie tego typu sukienki, nie należy jednak do tych najprostszych, ale nikt też nie obiecywał, że będzie łatwo i przyjemnie. Jednak moje odbicie w lustrze, w dopracowanej już sukience, było na tyle zadawalające, że z satysfakcją w głosie mogłam powiedzieć: „tak, to jest to”.

3 5 4 1A

Firenze by QRC

Florencja budzi zachwyt na każdym kroku. Będąc w tym mieście po raz pierwszy, niełatwo wybrać sensowny sposób na jego zwiedzanie. My mieliśmy na to zaledwie dwa dni. Mając tak mało czasu  uznaliśmy, że na skrupulatne zwiedzanie miasta nie mamy najmniejszych szans. Udaliśmy się więc na spacer przez miasto, podziwiając bogactwo tamtejszej architektury, co jakiś czas przystając na mały odpoczynek w licznych kawiarenkach. Na zakończenie pobytu w stolicy Toskanii, zdecydowaliśmy się na przechadzkę na Piazza Michelangelo, czyli Plac Michała Anioła, który znajduje się na wzgórzu. Po dotarciu do celu wyłonił się  oszałamiający  widok na panoramę miasta, co wynagrodziło nam wszelkie trudy poruszania się w tym upalnym  i zatłoczonym mieście.

5a

1a 6a 2a

Jak się jednak okazało Florencja to nie tylko mekka wyłącznie dla wielbicieli sztuki i architektury, ale również dla miłośników mody,  a to dlatego, że w mieście nie brakuje domów mody światowej sławy projektantów.  Znajduje się tu również muzeum domu mody GUCCI, które niestety było nieczynne z powodu remontu. Przyszło mi jednak nacieszyć oczy najnowszą kolekcją  domu mody Ferregamo, w opływającym w luksus wnętrzu. Nie muszę chyba dodawać, że ciężko było opuścić to miejsce 8-) .

4a 3aAle wracając do tematu, wśród budzących porządanie butików sygnowanych nazwiskami najznakomitszych projektantów takich jak Gucci, Prada, czy YSL, na chwil kilka zabłysnęło również i moje własne, skromne logo QRC.  Udało nam się nawet uchwycić kilka ujęć  mojego najnowszego projektu spódniczki w chabrowym kolorze i bluzeczce  w wielokolorowe kwiaty z rozciętymi rękawami na całej ich długości.  Wykorzystane tkaniny to ekoskóra, bawełniana podszewka oraz wiskoza na bluzeczkę.  Wykrój  spódniczki pochodzi z Burdy 5/2015, model  110. Bluzka z kolei, to po raz  tysięczny przemodelowana  konstrukcja bluzki podstawowej sporządzona kilka lat temu na zajęciach z konstruowania.

Mam nadzieję, że na tle tak licznie rozmieszczonych we Florencji domów mody,  kreacja z domu mody QRC nie wypada zbyt blado ;).

No i jak Wam mam podziękować, no jak???

5 Od samego początku nie było ze mną łatwo. Upierałam się jak dziki osioł, że żadnego wieczoru panieńskiego, to ja absolutnie nie chcę. Różowe wstążki, drinki, kuse spódniczki i dzikie pląsy do samego rana? To dla mnie żadna przyjemność. Dostało się szczególnie mojej młodszej, Bogu ducha winnej siostrze, które wielokrotnie słyszała zdanie…. „ Czy Ty nie rozumiesz, że ja nie chcę”. Jej cierpliwość też jednak w końcu się skończyła, po czym krótko skwitowała: „Czy Ciebie ktoś pyta w ogóle o zdanie? Masz siedzieć cicho i robić co Ci każemy” ;). Młodsza, ale zawsze się jej słuchałam, więc i tym razem nie mogło być inaczej.

Żadnych atrybutów wieczoru panieńskiego, które wyżej opisałam nie było. Nie było nawet najmniejszej szansy na ich pojawienie. Bo jeśli taki dzień spędza się w gronie osób w większości znanych od dziecka, to nie ma możliwości, aby doszło do jakiegokolwiek nieporozumienia.

Moje  przyjaciółki przeniknęły mą duszę na wskroś i doskonale wiedziały, co jest w mi w tym czasie najbardziej potrzebne, a mianowicie masaż, relaks, dobre wino, a w szczególności  nocne rozmowy z tak otwartymi, życzliwymi i ciepłymi osobami, jakimi właśnie one są.

Dlaczego wspominam o tym wszystkim na moim blogu szyciowym? A no właśnie dlatego, że od samego początku czekała na mnie niespodzianka. Wszystkie dziewczyny ubrały się w podarowane im kiedyś, przy różnych okazjach, moje własne uszytki ;). Ach, jakaż rozkosz mnie ogarnęła w tym momencie. To wszystko ja uszyłam?! Od razu przeprosiłam Anie i Dominikę za tak niewyjściowe prezenty. Obiecałam też poprawić się na przyszłość…

3 4 1 2

Teraz, gdy upłynęło trochę czasu czuję ogromną radość, że to wszystko jednak się odbyło i że życie daje mi tyle powodów, aby być wdzięcznym za to, jakich ludzi mam wokół siebie.

A zatem Anno, Dominiko, Karolino, Krystyno i Natalio moje słowa podziękowania są naprawdę szczere …  Ten wypad utwierdził mnie w przekonaniu, że odległość, pęd życia, ogrom spraw załatwianych każdego dnia, napotykane trudności – po prostu NIC, ale to NIC nie jest w stanie zepsuć więzi, które przez te wszystkie lata między nami powstały. Dałyście temu najlepszy dowód. Dziękuję wam za to wszystko!

Komplecik z wełny

Tym razem się napracowałam. To nie było szybkie cięcie, proste szwy, luźny krój,  uniwersalny rozmiar. Wręcz przeciwnie. Kamizelka i spódniczka z tej samej jasnoszarej  wełny, powstały w wyniku konkretnego scenariusza, który został wcześniej dokładnie opracowany.  Chciałam mieć w swoim posiadaniu taki uniwersalny, wielozadaniowy i ponadczasowy komplecik. A, że słowo „ponadczasowy” odgrywa tutaj szczególną rolę, to nie było możliwości pójścia na skróty. Tyle w teorii, a czy zamierzania przerodziły się w rzeczywistość? Myślę, że tak, chociaż dostrzegam drobne niedociągnięcia, które nie pozwalają mi na uznanie nowego kompleciku za sukces absolutny. Jak to jednak u mnie bywa, w trakcie użytkowania, nawet te drobne niedociągnięcia zostaną wyeliminowane poprzez „dopracowanie” ubrania na żywym manekinie ☺.

Tkanina to wełna, a jakże mogłoby być inaczej, otrzymana w spadku od pewnej życzliwej Pani już jakiś rok temu, o czym pisałam już wiele, wiele razy.

Pierwsza spod igły wyszła spódniczka. Wykrój opracowany już lata temu na zajęciach z konstrukcji, pozostaje mi wierny podczas szycia prawie każdej spódnicy, oczywiście na skutek modelowania w różnych wariacjach. Chciałam mieć kieszenie, bo jakoś tak wygodniej z pomadką pod ręką ☺. W tym zakresie poszło gładko. Gorzej już było w przypadku kamizelki, którą uzupełniłam o podszewkę. Jakoś tak nie po drodze jest mi z tymi podszewkami, ale czasami trzeba dać z siebie trochę więcej i pomęczyć się, aby później mieć powód do zadowolenia. Kamizelka (Burda 4/2016, model 103) składa się z dość licznych drobnych elementów i połączenie ich w jedną całość z podszewką będącą odzwierciedleniem tych samych elementów, które wcześniej wykroiłam z wełny, nie jest łatwym zadaniem. To tak, jakby spacerować po górach z dużym obciążeniem. Sama wspinaczka jest przyjemna, ciężar z kolei doprowadza nasz organizm do granic wytrzymałości. Tak najprościej ująć mogę to, jaki wpływ na mnie ma takie misterne szycie w połączeniu z podszewką. Momentami jestem bliska szaleństwa. No dobra, chyba trochę dramatyzuję. W rzeczywistości, aż tak koszmarnie nie jest ;P.

Całość przedstawia się następująco:20161112_091653 20161112_091959 20161112_085931 20161112_091300 20161112_091429 20161112_091552 20161112_09160920161112_130247

Święta, święta i po świętach

… a ja aż do dnia dzisiejszego nie znalazłam czasu, aby opublikować odzienie, którym przystroiłam samą siebie podczas tych pięknych, magicznych chwil. Aż trudno uwierzyć jak ten czas biegnie… Dobrze jednak, że czasami możemy wrócić do zdjęć, które przypominają nam o tym, czym jeszcze niedawno żyliśmy i pomagają nam na nowo wyostrzyć obraz tamtych chwil w naszej pamięci.

Ja przy szyciu tej żółtej (albo raczej musztardowej) sukienki przeniosłam się w czasie aż o 20 lat. A to wszystko za sprawą mojej bezcennej, szyciowej towarzyszki Burdy. Aż trudno uwierzyć, że niektóre kroje, tkaniny, czy stylizacje pozostają na czasie przez wiele lat. Dbanie o uniwersalizm garderoby sporządzany na zasadzie dopasowania do własnego typu urody i sylwetki jest niezwykle cenną umiejętnością i daje nam pewność posiadania odpowiedniego stroju na każdą okazję. To właśnie dlatego ten oto wykrój zaczerpnięty z Burdy z roku 1995 będzię również i dzisiaj na czasie. Spodobały mi się w nim trójkątne cięcia materiału z przodu i tyłu sukienki, a sterczące na przodzie falbanki to już przejaw mojej własnej inwencji. Tkanina też pamięta czasy poprzedniego wieku, a to dlatego, że pochodzi z tego samego żródła, co stare wydanie Burdy.

Króciutka wełniana sukienka prezentowała się należycie dostojnie w towarzystwie migoczących światełek choinki.

3 4 1 2

Intrygująca koronka c.d.

 6Połączenie kilku odpowiednich czynników w jedną całość, daje szansę na powstanie czegoś wyjątkowego. Inspiracja, będąca czynnikiem zapalnym dalszego procesu pojawiła się jako pierwsza. W jej następstwie dobranie odpowiedniej tkaniny – przepięknej czarnej koronki, która czekała aż 2 lata na zaistnienie. Na sam koniec przytrafiająca się przerwa świąteczna, dająca możliwość ucieleśnienia  gnieżdżących się w mej głowie wizji. Nie mogłabym nie wspomnieć o okazji, która wywołała to całe zamieszanie, a mianowicie moje 30-te urodziny. Chciałam spędzić ten wyjątkowy dzień w gronie najbliższych mi osób, nadając przyjęciu odrobinę osobistego wyrazu. Chcąc trochę złagodzić okoliczności, które przeniosły mnie w nowa dekadę, postanowiłam nadać im nieco karnawałowego zabarwienia. Dlatego też w pierwszej kolejności powstały te oto zaproszenia :

20 21Czarne suknie uzupełnione o tajemnicze maski sprawiły, że przyjęcie urodzinowe nabrało formę karnawałowego balu.

Sama chciałam się zaprezentować wyjątkowo, jednak bałam się, aby nie przesadzić.  Marzył mi się tren, ale moje intencje mogłyby przyprawić o salwy śmiechu nawet najbliższych znajomych,  którzy na moje wymysły i tak patrzą już z przymrużeniem oka ;). Jak na mój gust (oraz możliwości) powstała dość prosta sukienka… a wypadałoby wspomnieć, iż jestem w trakcie czytania autobiografii Diora, którego to suknie powstawały przynajmniej z 30 metrów tkaniny ;). Ponieważ wizja sukienki przeobraziła się wyjątkowo szybko w dzieło kompletne, postanowiłam pomimo usilnych sprzeciwów  mojej siostry, która troskliwie dba o moje nieprzemęczanie się, uszyć jeszcze jedną, bliźniaczą sukienkę. Podobieństwo jest jednak widoczne jedynie na pierwszy rzut oka. Przy okazji dokładniejszych  oględzin, można stwierdzić, że poza czarną koronką, z której powstały obie suknie, różne jest praktycznie wszystko.  Moja sukienka składa się z wielu elementów, a w talii jest dzielona dość szerokim pasem, co znacznie wydłużyło jej szycie (Burda 12/2016, model 124)).  Z kolei przód i tył sukni mojej siostry wykrojone są z „całości ”,  co oznacza, że krój jest prosty i wymaga jedynie dopasowania na modelce Burda 3/2016, model 123). Gdy mamy jednak do czynienia z modelką, którą znamy od kołyski, wystarczy dopasować sukienkę z pamięci,  co na szczęście zakończyło się sukcesem. W przypadku obu modeli konieczne było uzupełnienie ich o czarne podszewki, znacznie krótsze niż koronka. Chwilę przed przybyciem reszty gości udało nam się z siostrą zrobić kilka wspólnych zdjęć.

15 16 14  9 7

Zapach Świąt

1 2

6

Wzrusza mnie czas świątecznych przygotowań.  A to dlatego, że raz w roku można poświecić się zajęciom, na które zwykle brakuje nam czasu. Jest taka reklama w radiu, w której znany prezenter wymienia ile to mamy obowiązków każdego dnia i jak z tym wszystkim zdążyć, a na koniec dodaje, że tak już jest i nie ma co tego przeżywać, bo to się na pewno nie zmieni. Właśnie tak należy podchodzić do tego ogromu spraw, które należy załatwić przed świętami, bo czego byśmy nie zrobili, to i tak czasu będzie za mało, bo na chwilę przed uroczystą wigilią przypomni nam się pewnie, że o czymś zapomnieliśmy. Ale to nie powinno być powodem do zmartwień. Oznacza to po prostu, że dążymy do perfekcji i chcemy od życia odrobinę więcej, niż przeciętne minimum, dające poczucie mało zadowalającego spokoju ducha. Ja wolę odrobinę stymulującej adrenaliny, pozwalającej wycisnąć z naszego organizmu siły, o których nie mieliśmy pojęcia.

Ja wyciskam i wyciskam tyle, ile tylko się da. Przestałam już kontrolować sytuację związaną z produkcją woreczków zapachowych. Nie wiem ile ich powstało, ale myślę, że dojdę do jakiejś magicznej dwucyfrowej liczby z piątką z przodu. Woreczki wypełnione są aromatycznymi ziarnami kawy, skropione naturalnym olejkiem eterycznym o magicznym zapachu cynamonu. Jak upajający zapach wywietrzeje, wystarczy tylko na nowo skropić woreczek kilkoma kroplami olejku i magia powróci. Do tego każdy z osobna staram się ozdobić, aby nadać im indywidualny charakter.

Do tego jakiś czas temu przygotowałam również nalewkę limonkową, którą byłam „zmuszona” zrobić tak, aby nie zmarnować limonek, które otrzymałam od sąsiadki. Na początku nie wiedziałam co z nimi zrobić, ale później ten genialny pomysł zrodził się w mojej głowie. Do tego kilka limonek ususzyłam, w Ikei i Pepco dokupiłam butelki i teraz mogę obdarowywać bliskich kolejnym własnoręcznie zrobionym prezentem.

I co jeszcze? Są jeszcze koszyczki na pieczywo dla mojej siostry, która w pieczeniu bułeczek i chlebków doszła do perfekcji na miarę wykwalifikowanego piekarza. Póki co tyle prezentów z duszą QRC, no ale przecież został jeszcze jeden dzień do świąt ;P.

U nas pachnąca choinka już stoi, pierniczki gotowe, tak więc pierwsza gwiazdko przybywaj :).

4a 5

Christmas time

U mnie czas świątecznych przygotowań jak jeszcze nigdy w moim życiu, rozpoczął się już 2 tygodnie temu, co daje mi dużą szansę na realizację wszystkich ręcznie robionych prezentów terminowo. Czy egzamin zaliczyłam, okaże się już za trochę ponad 2 tygodnie.  Okres świąteczny to nie tylko wieczór wigilijny, ale również czas adwentu, kiedy to dokładamy wszelkich starań, aby  uczynić nasze święta wyjątkowymi. Okazji do kupienia nowych ozdób świątecznych jest mnóstwo,  na każdym kroku mijamy pięknie migoczące ozdoby, ale czy nie lepiej posiedzieć odrobinę z nożyczkami, klejem (w moim przypadku maszyną) i przedłużyć żywotność dekoracji z poprzednich lat? Uważam, że im mniej, tym ładniej, dlatego zamiast zasypywać nasze domy i mieszkania nowymi dekoracjami, lepiej wyczarować coś z niczego.

Jakby nie patrzeć okazji do spędzenia wielu godzin przy maszynie w okresie przedświątecznym jest sporo i tylko dobre chęci oraz niesłabnący zapał są konieczne do realizacji wszystkich naszych planów.

W pierwszej kolejności zainwestowałam  w mikołajkowe skarpety tak, żeby żadne dziecko nie martwiło  się o marznące stopy brzuchatego pana z brodą. Okazało się, że idealna do uszycia skarpet jest czerwona męska koszula. Jak to dobrze mieć tak wysokiego szwagra. Tylko żeby nie było, w ogóle fajnie jest mieć szwagra, ale takiego wysokiego, noszącego duże koszule to radość podwójna :). Już kiedyś zamieszczałam wpis o piżamce uszytej właśnie z takiej koszuli, a później uszyłam dla siebie białą  koszulę z gumką na dole (wpisu jednak póki co brak). Natomiast teraz, w szale przygotowywania ręcznych podarków świątecznych, wpadłam na pomysł wykorzystania czerwonej, męskiej koszuli,a w szczególności jej walorów (kieszenie, listewka z zapięciem), do stworzenia skarpety Mikołaja. Efekty prezentuję poniżej.  Dominik (syn owego szwagra i oczywiście mojej siostry ;) )oraz malutki Wojtuś, z pewnością uradowali się z milutkiego mikołajowego podarku. A jakby nie było, koszula wróciła do domu właściciela, wprawdzie w lekko odmiennej postaci, ale łatwo dostrzec jej wcześniejsze „oblicze”. Do kompletu powstały również woreczki mikołajowe z tkaniny, którą otrzymałam od Ani, koleżanki z pracy. Przyozdobiłam je jedynie wstążeczkami oraz dużymi guzikami, których u mnie pod dostatkiem (również będące pamiątką z dawnych czasów, choćby po babci mojej bratowej). Wygląda na to, że magazynując i kompletując elementy krawieckie z różnych źródeł, nadaję im zupełnie nowe życie, a jednocześnie chronię te wszytskie skarby przed zapomnieniem, gdzie w wielu przypadkach byłyby jedynie kurzołapami.

No nic, koniec rozmyślań na dzisiaj. Do świąt mamy jeszcze dwa tygodnie, a wszystkie pomysły aż ciężko zliczyć.

1 2 3 4 5 6 7 8