Oślepiający blask

W zeszłym tygodniu z wielkim namaszczeniem (jak to zwykle u mnie bywa) otworzyłam nowy numer wrześniowej Burdy i… to, co nastąpiło później jest bardzo łatwe do przewidzenia. Dzień, w którym listonosz dostarcza nowe wydanie tej gazety,  jest najbardziej wyczekiwanym przeze mnie dniem w miesiącu (rywalizacja z dniem wypłaty jest bardzo silna). W przeciągu dwóch wieczorów powstało moje nowe, połyskujące cacko. Nic tak bardzo nie cieszy oka kobiety jak świecące błyskotki, więc balansując na granicy kiczu postawiłam na srebrzyście skrzącą, sztywną tkaninę. Dla równowagi tył uszyłam z bawełny w kolorze ciemno szarym.

W swoich pracach najbardziej cenię modele charakteryzujące się ciekawymi rozwiązaniami konstrukcji, połączeniami poszczególnych części wykroju, czy interesującą fakturą tkaniny.  Zwykle powstają projekty wyróżniające się na ulicy, których nie można spotkać na sklepowych półkach. Wychodzę z założenia, że własnoręczne szycie ubrań nie jest wielką oszczędnością, więc jeśli poświęcam już swój wolny czas na ślęczenie przy maszynie, to główna zasada brzmi następująco: ma powstać coś wyjątkowego.  PRAWIE zawsze się udaje ;). W tym modelu spodobało mi się kontrastowe połączenie eleganckiej tkaniny ze sportowym krojem.

W oryginale sukienka wzbogacona jest o długie rękawy. Ja mam w planie je doszyć, ale dopiero wtedy, gdy na zewnątrz zrobi się zimniej. A tymczasem chomikuję witaminę D na chłodniejsze dni, a ta, z tego co mi wiadomo, najszybciej wchłania się przez odsłonięte ramiona, więc póki co korzystam z „ciepełkowych ostatków”.

1 2 3

Być jak Brigitte Bardot

Być jak Brigitte Bardot ? Zadanie niemożliwe do spełnienia. Ikona stylu, symbol seksapilu, francuska Marilyn Monroe. Jest wiele powodów, aby w swoich stylizacjach inspirować się tak charyzmatyczną aktorką i modelką. I ja postanowiłam skorzystać z dorobku tak czarującej osobistości. Zabawa z modą jest dla mnie niezwykle zaskakująca, uskrzydlająca i wyzwalająca. Nie przypuszczałam, że luźne upięcie, zwiewna opaska oplatająca włosy oraz spodnie z wysokim stanem, tak dopasowane, jakby były moją drugą skórą, będą stanowiły zestaw, w którym będę się czuła swobodnie. A tak właśnie było podczas niedzielnego spaceru.

Mam przyjemność zaprezentować dopiero drugie spodnie w swojej karierze (!) krawieckiej i stwierdzam, że nie taki diabeł straszny…. Dwie próby zostały zwieńczone sukcesem, więc z pewnością na tym nie poprzestanę. Zarówno te pierwsze, jak i te prezentowane poniżej powstały na podstawie mojej prywatnej konstrukcji przygotowanej w szkole podczas zajęć z konstruowania. Najważniejsze jest, aby opracowana konstrukcja właściwie układała nam się na biodrach, tyłku, a w tym przypadku również w talii. Resztę zgodnie z naszymi zachciankami możemy dowolnie modyfikować.

Już wcześniej do jednej ze swych prac przemyciłam słynny modowy motyw wypromowany przez Brigitte Bardot, a mianowicie dekolt zwany bardotką, czyli taki odsłaniający ramiona. Postaram się nie zapomnieć i wrzucić w najbliższym czasie zdjęcia przedstawiające ten model.

2 2a 3 4 5

W oczekiwaniu na kwalifikacje

Ostatnimi czasy umieszczanie nowych wpisów na moim blogu lekko podupadło. Mam na to bardzo proste wytłumaczenie. Otóż przygotowywałam się do egzaminów potwierdzających kwalifikacje zawodowe. Historia z moim przyuczaniem do zawodu krawca jest dość długa i obszerna, a nie chcąc was zanudzać, w skrócie opiszę tylko najważniejsze fakty z nią związane.

krawiecka2

Edukację rozpoczęłam w 2013 roku w szkole Projektowania i Stylizacji Ubioru w Sosnowcu. Grafik nauczania na kursie przygotowującym do zawodu, przez trzy semestry był bardzo rozbudowany i obejmował wiedzę z zakresu m.in.:  projektowania, materiałoznawstwa, kreowania. Przedmioty jakie miałam w planie to: podstawy działalności gospodarczej w zawodzie, konstruowanie, kreowanie wyrobów odzieżowych, materiałoznawstwo, technologia produkcji odzieży, projektowanie, wykonywanie wyrobów odzieżowych, język angielski  ukierunkowany zawodowo. Wszystko to razem obejmowało 800 h przez trzy semestry. Do tego dochodzi jeszcze obowiązkowa praktyka w zakładzie krawieckim. Ja odbyłam ją w zakładzie Vesta w Czeladzi w trybie weekendowym (mam kilka zdjęć z zakładu, które wrzucę w następnym wpisie). Obszar wiedzy i umiejętności praktycznych jest ogromny, a jeśli ktoś myśli sobie co może być trudnego w uszyciu spódniczki lub spodni, jest w głębokim błędzie. Krawcowe po szkołach zawodowych czy technikach, przeszły gruntowne szkolenie i niełatwy egzamin czeladniczy uprawniający do wykonywania zawodu. Od razu na pierwszych zajęciach Pani prowadząca zasiała w kursantkach ziarenko grozy, wypowiadając te słowa: „…żebyście nie myślały, że egzamin zawodowy jest tak prosty jak matura, gdzie wystarczy 30 % aby zdać. Podczas egzaminu praktycznego należy uzyskać 70 % punktów”.

Weekendowa nauka zawodu trwająca przez trzy semestry była bardzo wyczerpująca, ale co najważniejsze, przede wszystkim niezwykle pasjonująca. Bardzo miło wspominam ten czas, kiedy sobotnie i niedzielne dni spędzałam w szkolnych murach. Od 8 do 18 pod okiem wysoko wykwalifikowanej kadry nauczycieli, dzięki którym podziw do zawodu po każdy spotkaniu osiągał maksymalnie wskaźniki, wykorzystywałam całe pokłady energii na doskonalenie umiejętności krawieckich. Te niezliczone godziny spędzone przy maszynie przerodziły się w  jeszcze większą ilość nowych uszytków, a z każdym kolejnym dziełem odczuwałam poczucie spełnienia, które stawało się motorem napędowym do dalszych zmagań. Z pewnością każdy, kto miał styczność z szyciem, przeżył już podobne stresujące sytuacje, kiedy czas nas goni, a pomimo wielokrotnych prób nasze dzieło z każdym nowym przeszyciem nie układa się tak, jakbyśmy tego chcieli. Z takimi niespodziankami z  niecierpliwością wyczekiwałam weekendu, a wtedy wprawione ręce Pani prowadzącej w kilka sekund oswajały nieposłuszną tkaninę, a ja ze zdumieniem otwierałam buzię: „a więc to tak się robi” J. Co tu dużo mówić, przede mną dłuuuugie lata ciężkiej pracy przy maszynie. Być może kiedyś uda mi się osiągnąć tak zaawansowany poziom wtajemniczenia. Póki co, nie mam nawet odwagi porównywać siebie do swoich nauczycieli, którzy są dla mnie mentorami i zarazem osobami godnymi do naśladowania.

Długie szyciowe godziny spędzone przy maszynie były rozkoszne również z innego powodu… poznałam kilka wspaniałych osób, które podzielają moje szaleńcze zamiłowanie do szycia (jak się okazuje nie każdy jest to w stanie zrozumieć). Przeżyłyśmy wiele chwil  rozpaczy, kiedy  pomimo usilnych starań maszyna nie chciała z nami współpracować. Ale były także chwile radości czy nawet euforii, kiedy po skończeniu swojego dzieła z aprobatą pozostałych fanatyczek, dumne jak paw robiłyśmy „presentation” na szkolnym krzesełku. Podczas tych długich, twórczych godzin w towarzystwie szablonów, tkanin, nitek, zrodziła się między nami braterska więź, która będzie jeszcze trwała przez długie lata po zakończeniu edukacji krawieckiej.

W tej branży, poza umiejętnościami praktycznymi, równie ważna jest wiedza teoretyczna. Literatura obejmująca wiedzę z wymienionych powyżej dziedzin jest wyjątkowo obszerna. Częściowo udało mi się zaopatrzyć w podręczniki na pchlim targu, dwa nowsze wydania zamówić w księgarni internetowej, a resztę skopiować z bibliotek. Okazuje się, że z powodu tendencji spadkowej w kształceniu przyszłych krawcowych, wydawnictwa zrezygnowały z drukowania nowych publikacji, tak więc zdobycie literatury o tej tematyce jest trudnym zadaniem. Ku mojemu zdziwieniu w dzisiejszych czasach jednak nie wszystko można znaleźć w internecie. W następnym poście umieszczę kilka tytułów podręczników, które mogą okazać się cenną wiedzą dla wszystkich chcących zasięgnąć bardziej szczegółowej wiedzy z zakresu szeroko pojmowanego krawiectwa.

Z dyplomem magistra w kieszeni nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek będę miała chęć do dalszej edukacji. A tu taka niespodzianka; okazało się, że nauka może być przyjemna ;). Odkryłam, że przyswajanie wiedzy z zakresu, który naprawdę mnie interesuje jest całkiem przyjemnym doświadczeniem.

Egzaminy odbyły się pod koniec czerwca bieżącego roku. Rozpisane były na dwa dni. W pierwszym dniu przeprowadzono 1-godzinny egzamin teoretyczny, natomiast w drugim dniu 3-godzinny egzamin praktyczny. Teoria obejmowała 40 pytań w postaci testu jednokrotnego wyboru. Z kolei w ramach egzaminu praktycznego było nam dane uszyć bluzkę damską ze stójką. Muszę przyznać, że nogi trzęsły mi się przez cały czas trwania egzaminu i z powodu emocji zaliczyłam kilka drobnych wpadek. Mam jednak nadzieję, że efekt ostateczny zaliczeniowej bluzki jest wystarczający, aby zdobyć kwalifikacje.  Podczas takiego egzaminu bardzo ważna jest umiejętność poprawnego odczytywania węzłów technologicznych, która jest niezbędna, aby prace uszyć tak, jak zadanie egzaminacyjnie przewiduje, a nie tak, jak jesteśmy przyzwyczajeni, gdyż szyjąc wyrób „po swojemu”  możemy nie zaliczyć egzaminu. Z testem jednokrotnego wyboru nie było większego problemu, chociaż należy podkreślić, że bez rzetelnego przygotowania się mogłoby być różnie.

Jak widać do egzaminów czeladniczych, które zdawałam w Regionalnej Komisji Egzaminacyjnej w Jaworznie, podeszłam z pełną powagą. To, czy zdobędę kwalifikacje, póki co jest dla mnie wielką niewiadomą. Tak czy siak, szyć nie poprzestanę.

Miała to być wersja skrócona;)-chyba jednak coś poszło nie tak .