Urok czerwonej wełny

5

Są takie części garderoby, które każda z nas powinna mieć w swojej szafie. Ja co chwilę odkrywam, że jakiegoś istotnego elementu właśnie w mojej szafie brakuje. Zakasam więc wtedy rękawy, przegrzebuję skrzynie z materiałami, odpalam sprzęt i biorę się do roboty. Po kilku dniach stwierdzam: „Tak !!! To jest to !!! Właśnie tego w mojej garderobie brakowało”. Jestem zadowolona. Ale ten stan trwa krótko. Bo za chwilę przeglądam Harpers Baazar, w skrzynce pocztowej odnajduję nowe wydanie Burdy, a w programie o modzie pani projektantka stwierdza, że takie spodnie są najlepsze dla niskich i drobnych kobietek. No i cały proces wtedy powtarza się na nowo. I tak od kilku lat, ale nie mam powodów do narzekania. Czasami próbuję iść na łatwiznę i wtedy wybieram się do centrum handlowego. Chodzę, przemierzam kilometry sklepowych alejek, uparcie mierzę, „tym razem na pewno sobie coś kupię, choćby to miało dużo kosztować”. I co? Najczęściej wychodzę z pustymi rękoma. Przez te długie godziny spędzone przy szlifowaniu i doskonaleniu krawieckiego rzemiosła, analizowaniu kolejności szycia, prucia i poprawianiu wcześniej wykonanych ściegów, które dla mnie nie były wystarczająco doskonałe, przyznam, że nie łatwo jest mnie zadowolić ubraniami z sieciówek. Zwykle wracam do domu i stwierdzam, że niepotrzebnie straciłam kilka godzin (przecież mogłam już coś szyć!) i zabieram się na nowo do roboty. Tak, tak, może i stałam się niewolnikiem swojej pasji, ale zdecydowanie wolę posiedzieć w domowym zaciszu z kubkiem dobrej herbaty, odgłosami meczu dochodzącymi zza ściany ;P, niż spacerując po galerii wśród tłumu ludzi biegających w dzikim szale za kolejnymi, nowymi zdobyczami.
Koniec wywodu.
Przechodzę do meritum.
Przedstawiam Państwu ten oto, długo wyczekiwany, czerwony płaszczyk:

3

4Cudownie cieplutka wełna traciła już nadzieję, że kiedyś wykorzystam ją zgodnie z jej przeznaczeniem. Musiała mnie zaskoczyć zima i obficie pokryć wszystko, co stanęło jej na drodze, grubym puchem (trwało to chwilę, ale poskutkowało ;) ), aby szycie wełnianego płaszczyka w końcu nabrało rozmachu. Inspiracja do jego uszycia pojawiła się już dużo wcześniej, jednak po drodze
przytrafiło się mnóstwo drobnych zachcianek, które opóźniały powstanie płaszcza. W końcu się udało. Płaszcz powstał z wykroju 103, Burda 8/2013. W zasadzie nie mam żadnych uwag, co do tego modelu. Szycie, co wielu może zdziwić, jest o wiele prostsze, niż w przypadku sukienek, które należy dopasować idealnie do sylwetki. Podszewkę dobrałam w ciemnosrebrzystym odcieniu. Jakoś tak bardziej interesująco się zrobiło.

1   6
Myślę, że wyszło całkiem poprawnie, a płaszczyk posłuży mi przez długi czas. Tylko muszę pamiętać, żeby odpowiednio dbać o wełnę, która niestety prosta w użytkowaniu na pewno nie jest. Ale po kilku wpadkach już się nauczyłam. Po pierwsze…. prać tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne. Po drugie….. suszyć na płasko, a po trzecie…. nie traktować materiału zbyt wysoką temperaturą z żelazka. Stosowanie się do powyższych zasad gwarantuje sukces ;).

A po ciężkiej pracy, nalezy się małe co nie co, a jakżeby inaczej :).

PS Z płaszczykiem w tle.

7

Dream come true

Pewnego razu otrzymałam kilka zdjęć sukni, którą siostra chciała sobie kupić. Dołożyłam wszelkich starań, aby zakup nie doszedł do skutku, używając m.in. następujących argumentów: „nie widzisz jaki to kiepski materiał?, „co?? nie ma podszewki?!”, „… i na dodatek skracać ją będzie trzeba”, „nie widzisz, jak ona się źle układa i marszczy tam, gdzie nie powinna?… nie jest dobrze”.  Siostra jeszcze chwilę wcześniej zauroczona pięknem sukienki, nie była już tak pewna dokonanego przez siebie wyboru. Do zakupu za moją namową zatem nie doszło. Nie jestem jednak złą czarownicą, która niweczy kobiece marzenia na posiadanie kreacji godnej czerwonego dywanu. Jest dokładnie odwrotnie… ja te marzenia spełniam ;P.

3

1

Jedno spojrzenie i już wiedziałam. No tak! Przecież to wykrój z tegorocznej Burdy (2/2017, model 110). Od razu zabrałam się za szycie! Po kilku dniach wpadła do mnie siostra, a jej oczom ukazał się roboczy zarys czerwonej sukni, luźno udrapowanej na manekinie. To nie była jednak czysta radość. Padły sformułowania typu…. „ a później marudzisz, że nie masz na nic czasu, bo tylko szyjesz i szyjesz”, „a do tego narzekasz, że kręgosłup Cię od tego boli”. Może i tak jest. Niemniej jednak świadomość uszczęśliwienia bliskiej mi osoby jest silniejsza, niż wszystkie te ciemne strony szycia razem wzięte. Wykrój tej sukienki jest dobrze przemyślany, poza jednym szczegółem – ramiączkami. Kroiłam je dwa razy. Podążając ślepo za gotowym wykrojem okazało się, że są zbytnio „zaokrąglone” i opadają z ramion. Postanowiłam wykrój nieco zmodyfikować i wszyć na nowo ramiączka, co rozwiązało problem. Zgodnie z życzeniem siostry, wykrój lekko zmieniłam, dodając z przodu rozcięcie podkreślające zmysłowość czerwonej kreacji.

Na pełnię szczęścia malującą się na twarzy mojej „małej siostry” nie musiałam długo czekać. Była kolejna przymiarka, a chwilę po tym dokończyłam kreację z dbałością o najmniejsze szczegóły. Nie chciałabym wznosić swojej pracy na wyżyny próżności, ale jak mam się nie chwalić, kiedy tyle godzin oddałam temu projektowi, tyle razy pokłułam sobie palce, tyle wieczorów spędziłam w towarzystwie czerwonej tkaniny, a czerwone nitki do chwili obecnej znajduję w każdym kącie mojego mieszkania?  Dzieli nas z siostrą odległość, która nie pozwoliła niestety na dokonanie ostatecznej przymiarki w przeddzień planowanej uroczystości. Przymiarka ta odbyła się dopiero na chwilę przed samą imprezą, na której siostra miała zadebiutować w nowej sukience. Na szczęście przeróbka na pięć minut przed wyjściem nie była konieczna. Wszystko leżało, jak należy. Ufff! Co za ulga.

2  4
Moja siostra, jak na Panią architekt przystało, wyczulona na otaczające ją kształty, kolory i formy, dokładnie wiedziała, co jest w stanie zaspokoić jej wysmakowane poczucie estetyki. Nie raz byłam świadkiem urzeczywistnienia jej wizji, kiedy to do życia budziły się nowe twory, a wnętrza zmieniały swój charakter, dając jej mieszkańcom nie tylko zadowolenie z otaczającego ich piękna, ale przede wszystkim docenienie funkcjonalności nowych rozwiązań. Zadanie miałam zatem niełatwe, a każde potknięcie mogło zostać natychmiast wyłapane. Wydaje mi się jednak, że sprostałam temu zadaniu.