Komplecik z wełny

Tym razem się napracowałam. To nie było szybkie cięcie, proste szwy, luźny krój,  uniwersalny rozmiar. Wręcz przeciwnie. Kamizelka i spódniczka z tej samej jasnoszarej  wełny, powstały w wyniku konkretnego scenariusza, który został wcześniej dokładnie opracowany.  Chciałam mieć w swoim posiadaniu taki uniwersalny, wielozadaniowy i ponadczasowy komplecik. A, że słowo „ponadczasowy” odgrywa tutaj szczególną rolę, to nie było możliwości pójścia na skróty. Tyle w teorii, a czy zamierzania przerodziły się w rzeczywistość? Myślę, że tak, chociaż dostrzegam drobne niedociągnięcia, które nie pozwalają mi na uznanie nowego kompleciku za sukces absolutny. Jak to jednak u mnie bywa, w trakcie użytkowania, nawet te drobne niedociągnięcia zostaną wyeliminowane poprzez „dopracowanie” ubrania na żywym manekinie ☺.

Tkanina to wełna, a jakże mogłoby być inaczej, otrzymana w spadku od pewnej życzliwej Pani już jakiś rok temu, o czym pisałam już wiele, wiele razy.

Pierwsza spod igły wyszła spódniczka. Wykrój opracowany już lata temu na zajęciach z konstrukcji, pozostaje mi wierny podczas szycia prawie każdej spódnicy, oczywiście na skutek modelowania w różnych wariacjach. Chciałam mieć kieszenie, bo jakoś tak wygodniej z pomadką pod ręką ☺. W tym zakresie poszło gładko. Gorzej już było w przypadku kamizelki, którą uzupełniłam o podszewkę. Jakoś tak nie po drodze jest mi z tymi podszewkami, ale czasami trzeba dać z siebie trochę więcej i pomęczyć się, aby później mieć powód do zadowolenia. Kamizelka (Burda 4/2016, model 103) składa się z dość licznych drobnych elementów i połączenie ich w jedną całość z podszewką będącą odzwierciedleniem tych samych elementów, które wcześniej wykroiłam z wełny, nie jest łatwym zadaniem. To tak, jakby spacerować po górach z dużym obciążeniem. Sama wspinaczka jest przyjemna, ciężar z kolei doprowadza nasz organizm do granic wytrzymałości. Tak najprościej ująć mogę to, jaki wpływ na mnie ma takie misterne szycie w połączeniu z podszewką. Momentami jestem bliska szaleństwa. No dobra, chyba trochę dramatyzuję. W rzeczywistości, aż tak koszmarnie nie jest ;P.

Całość przedstawia się następująco:20161112_091653 20161112_091959 20161112_085931 20161112_091300 20161112_091429 20161112_091552 20161112_09160920161112_130247

Święta, święta i po świętach

… a ja aż do dnia dzisiejszego nie znalazłam czasu, aby opublikować odzienie, którym przystroiłam samą siebie podczas tych pięknych, magicznych chwil. Aż trudno uwierzyć jak ten czas biegnie… Dobrze jednak, że czasami możemy wrócić do zdjęć, które przypominają nam o tym, czym jeszcze niedawno żyliśmy i pomagają nam na nowo wyostrzyć obraz tamtych chwil w naszej pamięci.

Ja przy szyciu tej żółtej (albo raczej musztardowej) sukienki przeniosłam się w czasie aż o 20 lat. A to wszystko za sprawą mojej bezcennej, szyciowej towarzyszki Burdy. Aż trudno uwierzyć, że niektóre kroje, tkaniny, czy stylizacje pozostają na czasie przez wiele lat. Dbanie o uniwersalizm garderoby sporządzany na zasadzie dopasowania do własnego typu urody i sylwetki jest niezwykle cenną umiejętnością i daje nam pewność posiadania odpowiedniego stroju na każdą okazję. To właśnie dlatego ten oto wykrój zaczerpnięty z Burdy z roku 1995 będzię również i dzisiaj na czasie. Spodobały mi się w nim trójkątne cięcia materiału z przodu i tyłu sukienki, a sterczące na przodzie falbanki to już przejaw mojej własnej inwencji. Tkanina też pamięta czasy poprzedniego wieku, a to dlatego, że pochodzi z tego samego żródła, co stare wydanie Burdy.

Króciutka wełniana sukienka prezentowała się należycie dostojnie w towarzystwie migoczących światełek choinki.

3 4 1 2

Intrygująca koronka c.d.

 6Połączenie kilku odpowiednich czynników w jedną całość, daje szansę na powstanie czegoś wyjątkowego. Inspiracja, będąca czynnikiem zapalnym dalszego procesu pojawiła się jako pierwsza. W jej następstwie dobranie odpowiedniej tkaniny – przepięknej czarnej koronki, która czekała aż 2 lata na zaistnienie. Na sam koniec przytrafiająca się przerwa świąteczna, dająca możliwość ucieleśnienia  gnieżdżących się w mej głowie wizji. Nie mogłabym nie wspomnieć o okazji, która wywołała to całe zamieszanie, a mianowicie moje 30-te urodziny. Chciałam spędzić ten wyjątkowy dzień w gronie najbliższych mi osób, nadając przyjęciu odrobinę osobistego wyrazu. Chcąc trochę złagodzić okoliczności, które przeniosły mnie w nowa dekadę, postanowiłam nadać im nieco karnawałowego zabarwienia. Dlatego też w pierwszej kolejności powstały te oto zaproszenia :

20 21Czarne suknie uzupełnione o tajemnicze maski sprawiły, że przyjęcie urodzinowe nabrało formę karnawałowego balu.

Sama chciałam się zaprezentować wyjątkowo, jednak bałam się, aby nie przesadzić.  Marzył mi się tren, ale moje intencje mogłyby przyprawić o salwy śmiechu nawet najbliższych znajomych,  którzy na moje wymysły i tak patrzą już z przymrużeniem oka ;). Jak na mój gust (oraz możliwości) powstała dość prosta sukienka… a wypadałoby wspomnieć, iż jestem w trakcie czytania autobiografii Diora, którego to suknie powstawały przynajmniej z 30 metrów tkaniny ;). Ponieważ wizja sukienki przeobraziła się wyjątkowo szybko w dzieło kompletne, postanowiłam pomimo usilnych sprzeciwów  mojej siostry, która troskliwie dba o moje nieprzemęczanie się, uszyć jeszcze jedną, bliźniaczą sukienkę. Podobieństwo jest jednak widoczne jedynie na pierwszy rzut oka. Przy okazji dokładniejszych  oględzin, można stwierdzić, że poza czarną koronką, z której powstały obie suknie, różne jest praktycznie wszystko.  Moja sukienka składa się z wielu elementów, a w talii jest dzielona dość szerokim pasem, co znacznie wydłużyło jej szycie (Burda 12/2016, model 124)).  Z kolei przód i tył sukni mojej siostry wykrojone są z „całości ”,  co oznacza, że krój jest prosty i wymaga jedynie dopasowania na modelce Burda 3/2016, model 123). Gdy mamy jednak do czynienia z modelką, którą znamy od kołyski, wystarczy dopasować sukienkę z pamięci,  co na szczęście zakończyło się sukcesem. W przypadku obu modeli konieczne było uzupełnienie ich o czarne podszewki, znacznie krótsze niż koronka. Chwilę przed przybyciem reszty gości udało nam się z siostrą zrobić kilka wspólnych zdjęć.

15 16 14  9 7

Futerko w skali mikro

Oto przedstawiam Państwu najmniejszy ciuszek sygnowany logiem QRC.

 1 2 3

Podchodzę do tego dzieła z wyjątkowym sentymentem ze względu na sympatię, jaką darzę tę słodziutką istotkę, której podarowałam to urocze futerko, a jest nią córeczka mojej przyjaciółki.

Niektórym może się wydawać, że skoro takie malutkie (w rozmiarze 56), to większych komplikacji nie było. A właśnie że były, a na dodatek okazały się być wyjątkowo trudne do przezwyciężenia. Sztuczne futerko o rozkosznie różowym zabarwieniu, nadaje kilkumiesięcznej drobince niezwykłego uroku. Kto wie, może rozbudziłam w tej małej gwieździe zamiłowanie do futer i za kilkanaście lat zobaczymy ją w białym futrze z norek, jak śpiewa „Happy Birthday To You, Mr President…” na wielkiej scenie :).
Teraz  patrzę na to z rezerwą, ale podczas szycia miałam wyłącznie czarne wizje. Futerko okazało się wyjątkowe nieprzyjemne w szyciu, gdyż dwie warstwy tkaniny okazały się za grube dla mojej maszyny i w zasadzie musiałam użyć sporo siły, aby futerko przesuwało się  pod igłą. A do tego wszycie podszewki, która w połączeniu z tkaniną wierzchnią składa się z wielu drobnych, wręcz kilkucentymetrowych elementów, to już zadanie dla zaawansowanych. Skończyło się lekkim uszkodzeniem paznokcia, ale ostatecznie dowiodłam swojej determinacji i po opatrzeniu palca dzieło dokończyłam. Ból przezwyciężyłam, paznokieć już się dawno zagoił, ale było warto, bo futerko w skali mikro dodaje niezwyķłego uroku malutkiej damie, damie z zadatkami na wielką gwiazdę :).
Wybiegam myślami w przyszłość i wyobrażam sobie jak dorosła Marta przegląda album ze zdjęciami z dzieciństwa pyta swoją mamę; „jejku, skąd ja miałam tak dziwaczne futro mając zaledwie trzy miesiące?!” Na to pada odpowiedź; „jak to skąd(?), od szalonej ciotki co to upatrzyła sobie Ciebie jako mini modelkę do prezentacji swoich dziwacznych modowych wizji” :)))…

Trapezowa spódniczka

 

2

Ostatnio koleżanka zwróciła mi uwagę, że jakoś brak nowości na moim blogu, więc się poprawiam.
Dziękuję Marto za mobilizację ;).
Ale jak tu znaleźć kilka wolnych chwil po tym, jak spacerując z chłopakiem po Jurze odkryliśmy lasy pełne borówek leśnych, a i grzybów na zimę przydałoby się troszkę ususzyć??? Udało mi się zamknąć te piękne jesienne chwile, spędzone wśród złocistych liści w ośmiu malutkich słoiczkach. Gdy za oknem biały puch pokryje okolicę, wtedy herbatka z dodatkiem czerwonych borówek osłodzi nam ten zimowy czas. I to z pewnością nie słodyczą malutkich owoców, które do najsłodszych nie należą, ale pięknem tych ostatnich ciepłych chwil, które dane nam było spędzić obcując z niezwykle kolorową, jesienną przyrodą.

Oto dowód na obfitość lasów Jury Krakowsko- Częstochowskiej w borówki:

20161028_180302Z kolei owocem moich niedawnych miłych chwil w towarzystwie maszyny do szycia, jest ta oto spódnica.
Fason niby typowy, w kształcie trapezu rozszerzanego ku dołowi, ale dodatkowe kliny wszyte na boku spódnicy czynią ten model bardziej „szałowy” ;). Skorzystałam z pomyslu Burdy 1/2016, model 109. Postawiłam na świecący materiał tak, aby spódniczka nie wtopiła się w inne czarne spódniczki w mojej garderobie. Typowe wykończenie dla większości moich spódnic, to widoczny pas oraz zamek kryty, których wykonanie mam już opanowane do perfekcji i jak kiedyś mówiła moja polonistka w podstawówce: „odmianę przez przypadki musicie znać na pamięć nawet, jak was ktoś w nocy przebudzi”. Dokładnie tak samo sprawnie opanowałam opisane powyżej czynności związane z wykończeniem spódniczki.
Spódniczka mojego autorstwa zaprezentowana została większej publiczności podczas odbywającego się w ostatnim czasie Restaurant Week w Katowickiej Moodro Restaurant. Polecam odwiedziny w tym miejscu, w którego wnętrzach przeżyć można prawdziwą ucztę zmysłów.

 

6 3 4 5

Tajska inspiracja

Muszę się przyznać malutkich opóźnień w dokumentacji moich wytworów na bieżąco. Czynności remontowo-porządkowe będące powodem owego spowolnienia przyczyniły się do lekkiej  dezaktualizacji aury widocznej na poniższych zdjęciach. Z przykrością zauważam, że pogoda uległa znacznemu pogorszeniu i na dzień dzisiejszy zakątków zieleni jest już jak na lekarstwo.

Tak więc mam poniżej prezentuję moją nową (jednak nie najnowszą, gdyż właśnie kończę szycie kolejnej) narzutkę z dwóch różnych tkanin. Materiał już swoje przeleżał w szafie, aż w końcu nadszedł odpowiedni moment na jego wykorzystanie. Tkanina w egzotyczne zwierzątka przemierzyła długą drogę, zanim urozmaiciła stertę zgromadzonych wcześniej tkanin. Przywiozłam ją już kilka lat temu z odległej Tajlandii, gdy dopiero rozpoczynałam  swoją przygodę z szyciem. Niestety nie wszystkich zwierzęcych reprezentantów uwiecznionych na tkaninie udało mi się spotkać na żywo (nie wszystkie zamieszkują tajską dżunglę), więc malowidła flory i fauny na zakupionej tkaninie muszą mi wystarczyć.

Cieniutką  bawełnę należało koniecznie zestawić z jak najbardziej neutralną  tkaniną. Postawiłam na czerń, dzięki czemu mam teraz większą swobodę w tworzeniu różnych kombinacji stylistycznych z wykorzystaniem nowego wdzianka. Szyjąc „podwójnie” zawsze należy pamiętać, aby dwie warstwy materiału wycinać jednocześnie, a nie zostawiać sobie podszewki na później, bo powstałe różnice podczas krojenia mogą zepsuć cały efekt. Szlafrokowy krój narzutki wykorzystywałam  już wcześniej, więc nie było konieczności szukania nowego wykroju. Na koniec ostatni skrawek tkaniny posłużył mi za dużą, ozdobną kieszeń.

Tym razem pozdrowienia przesyłam z bliskiego memu sercu (bo tak bogatego we wspomnienia) Parku Kościuszki w Katowicach ;)

2 3 4 5 1

Upajająca moc zapachów

3 1 2chanel no5

Choruję na dziwną przypadłość, która objawia się tym, że jak się uprę na jakiś temat, to morduję go do upadłego.
Ostatnio ogarnęła mnie mania zapachów. Zioła, olejki eteryczne, perfumy. Do tego tajemnicza i ekscytująca książka pt.: „Sekretne życie Chanel No 5”, która uświadamia jak złożonym i skomplikowanym procesem jest produkcja perfum.
Uprawy lawendy, róż, jaśminu w połączeniu z syntetycznymi (ale nie sztucznymi) aldehydami przedstawione w książce tworzą piękną historię. Coco Chanel No. 5 najłatwiej opisuje jedno określenie: UNIKATOWOŚĆ. Nie może być inaczej w przypadku perfum, których jeden flakonik sprzedaje się co 30 sekund. Więcej szczegółów nie zdradzę. Kogo ciekawi ten temat, koniecznie musi sięgnąć po tę lekturę.

Zapachy zmieniły moje otoczenia.
Domki zapachowe z olejkami eterycznymi wypełniły moje mieszkanie, zaś woreczki zapachowe z lawendą zdobią otoczenie.
Wybór zapachów olejków eterycznych jest tak duży, że z pewnością każdy znajdzie „swój” zapach, który nim zawładnie i pobudzi zmysły.
Przy ich wyborze ważne jest jedno, a mianowicie należy kupować tylko i wyłącznie te naturalne, bez sztucznych dodatków. Najlepiej zakupić je w sklepach zielarskich.

U mnie króluje lawenda, gardenia i cynamon. Absolutny prym wiedzie jednak ten jeden jedyny, którego ubóstwiam i stosuję tylko na wyjątkowe okazje. Jest nim korzenno- cynamonowy olejek z mojej ulubionej Mydlarni u Franciszka, który otrzymałam w prezencie. Tyle na początek. Zapachów z pewnością będzie przybywało.

Zdjęcie przedstawiają rezultat mojego zapachowego szaleństwa, czyli całą gromadę woreczków uszytych z resztek lnianych i bawełnianych ścinek wypełnionych lawendą. W tym miejscu dziękuję pewnej Pani za bogaty bukiet suszonej lawendy, który mi podarowała. Część znajomych już została obdarowana woreczkami. A że rodzina i znajomi stanowią dość liczny zbiór więc produkcja ciągle trwa :).

 

PS Aaa, zapomniałabym! Czy widzicie te drewniane, śliczne króliczki??? To z kolei z kolekcji mojego brata, które sam wykonał  :). Dostałam je na święta Wielkanocne, u mnie jednak stanowią element wystroju całorocznego ;)

Na chwilę przed koncertem

Przesyłam pozdrowienia na chwilę przed koncertem w ramach „Tauron Festiwal” z katowickiego NOSPR-u.

Wnętrze obiektu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (NOSPR) budzi zachwyt swoim rozmachem i luksusem aranżacji, zaś atmosfera panująca w sali koncertowej jest podniosła. Sam koncert był dla mnie wyjątkowym wydarzeniem i niezwykłym przeżyciem.

Pozwólcie, że na kwestię oceny samego artysty spuszczę zasłonę milczenia, ponieważ moje uwagi w temacie muzyki nikomu potrzebne nie są i na pewno nikomu na dobre nie wyjdą ;P.

Bezpieczniej będzie, jak skupię się na przygotowanym na tę okazję szykownym wdzianku.

Narzutka była już gotowa dużo wcześniej:


http://modowylifting.blog.pl/2016/06/24/wielofunkcyjna-narzutka/

Nie mogłam jednak pozwolić, aby pozostałe resztki materiału się zmarnowały i w związku z tym postanowiłam je właściwie wykorzystać. Materiału zostało jednak na tyle mało, że miałam ograniczone możliwości w wyborze nowego projektu. Postawiłam więc na szorty, ale w takim bardziej wizytowym charakterze.

Dzięki temu powstał komplecik, który mogę teraz wykorzystywać na różne sposoby, w przeróżnych zestawieniach.

20160821_193646 20160821_193727 20160821_193819 20160821_192955 20160821_193001 20160821_193135

Przypadkowy zdobywca Trzech Koron

Kiedyś już pisałam, że serce najbardziej raduje mi się, gdy czerpię satysfakcję z dwóch moich pasji jednocześnie, a mianowicie aktywnego wypoczynku połączonego najlepiej z morderczym wysiłkiem oraz szycia. A dzieje się tak wtedy, gdy podczas wyjazdów zarówno tych długich, jak i tych krótkich, mam przyjemność spożytkowania trudów swojej krawieckiej pracy i powitania nowych terytoriów w odpowiednim stroju. Tak było i tym razem. Bluza, którą uszyłam chwilę przed kilkudniowym  wyjazdem, sprawdziła się idealnie w podhalańskim, rześkim klimacie.

Seria eleganckich, poważnych strojów na różnego typu przyjęcia i wydarzenia w ostatnim czasie spowodowała deficyt w mojej szafie na sportowe i luźne ubrania. Te braki należało jak najszybciej uzupełnić. Pomysł na projekt bluzy podsunęła mi moja wierna towarzyszka szyciowych przygód – Burda (2/2016, model 121). Dresówkę zakupiłam w sklepie internetowym. Jestem zadowolona z jakości tkaniny, która się nie gniecie i jest mięciutka, co daje duży komfort użytkowania. Wcześniej zawiodłam się na zamawianych tkaninach i teraz już wiem, że za porządną dresówkę trzeba zapłacić minimum 30 zł za metr. Zdecydowałam się na ubóstwiany przeze mnie ostatnio kolor blue. Tyle o tkaninie. Co do szycia, to większej filozofii nie ma. Jeśli jest się już biegłym  w odczytywaniu  hieroglifów z Burdy, z pewnością nie będzie żadnego problemu. Drobne modyfikacje oryginalnego wykroju są konieczne w moim przypadku, więc zdecydowałam się (albo raczej ilość tkaniny zadecydowała za mnie) na zrobienie tunelu na gumkę w przodzie i tyle tkaniny, a nie jak podpowiada Burda, w dodatkowym doszytym  pasku. Ale to tylko zabieg kosmetyczny. Całość niewiele odbiega od zamysłu autora projektu.

Nic, tylko szyć i zwiedzać dalej! A do tego wyciskać uroki każdej sekundy życia niczym sok ze słodkiej pomarańczy :).

Zdjęcia zostały wykonane z panoramy widokowej na szczycie Trzech Koron. Gorąco zachęcam do odwiedzin przepięknego obszaru Pienin, który prezentuje się zjawiskowo w duecie z rwącym Dunajcem.

1 2 3 4 6 7