Kojąca lekkość lnu

Dopiero na zdjęciach zauważyłam, że nowo powstała sukienka jest w identycznym kolorze, co moje oczy. Nie był to zabieg celowy i przemyślany, a jedynie zwyczajny zbieg okoliczności. Dzięki temu korzystnemu przypadkowi, moja nowa sukienka cieszy mnie podwójnie.
W życiu każdej kobiety przychodzi taki czas, gdy stwierdzamy, że nie mamy co na siebie włożyć. Niestety i mnie ten stan dopada, i to z niepokojąco dużą częstotliwością :lol: . Wtedy wiem, że już najwyższy czas, żeby usiąść przy mojej ulubionej maszynie. W zasadzie brzmi to odrobinę nieprawdziwie, gdyż maszynę chowam od wielkiego dzwonu (dwa razy do roku) i pomijając wyjazdy różnego rodzaju, w zasadzie zasiadam do niej przy każdej nadarzającej się okazji. Cieszę się, że mam taką możliwość i dlatego nieustannie z niej korzystam. Nie tracę czasu na poszukiwanie odpowiedniego kroju, bo zwykle mam już w głowie listę pożądanych modeli, których brakuje w mojej garderobie.
Tym razem uznałam, że takiej właśnie sukienki zdecydowanie było mi trzeba. Krój, tkanina i kolorystyka sprawdzają się idealnie nawet w te upalne, letnie dni. A to wszystko za sprawą naturalnego lnu, którego użyłam do uszycia sukienki. Tkaninę tę zaczerpnęłam z ciągle bogatych zbiorów tkanin z czasów PRL, jakie posiadam. Nowych materiałów staram się kupować jak najmniej tak, aby wykorzystać te, które otrzymałam albo w przypływie nadmiernego entuzjazmu kupiłam na zapas. Kolejny więc ciuszek mogę zaliczyć do kolekcji pt. „Materiały z czasów PRL”. Biorąc po uwagę pojemność pudełek z materiałami na mojej szafie, ze spokojem mogę stwierdzić, iż fascynacja „tamtą epoką” w mojej twórczości tak szybko się nie skończy.

http://modowylifting.blog.pl/2016/02/24/odegle-niedawne-czasy/

2 3 4

7

6

Czytaj dalej